sobota, 29 września 2012

Przegląd poczty [10]: Jesień idzie...

Jakoś szybko mi zleciał ten wrzesień. Niebawem nadejdzie czas na kosmetyczne i książkowe podsumowanie miesiąca (denko tym razem będzie mikroskopijne...), a tymczasem pokażę, co u mnie nowego.
Uwielbiam robić zakupy w tzw "tanich książkach" ;) Niektóre z tych księgarń są coprawda tanie tylko z nazwy, ale mam już kilka ulubionych miejsc. W Krakowie jest to zdecydowanie Skład tanich książek (czyli inaczej Dedalus) na Grodzkiej... nie jestem w stanie policzyć tych wszystkich wspaniałości, które udało mi się tam upolować. Jednak jak do tej pory, nie wiem dlaczego, omijałam księgarnie Matras - kojarzyły mi się z drogimi, "empikowymi" cenami - a to błąd! Otóż w Matrasach, jak pewnie część z Was dobrze wie, jest dział z przecenami  nawet -70% czy -50%. Jednym słowem - raj :) I właśnie przy okazji takiej szybkiej wizyty w tej sieci księgarń zakupiłam powyższe dwie książczyny - jedną w Krakowie, drugą w Katowicach. Lubię być fantastą to zbiór wywiadów z polskimi autorami zajmującymi się moim ulubionym gatunkiem literackim. Na ten tytuł polowałam już od dłuższego czasu a tutaj, zupełnym przypadkiem, znalazłam go w koszu książek za... 5zł! Wyobrażacie sobie moją radość? :) Druga książka to zbiór opowiadań Katarzyny Enerlich Oplątani Mazurami. Kolejny raz służę za przykład, jak skuteczna bywa współpraca z blogerami - o tej autorce do tej pory nie słyszałam, jednak trafiłam na bloga gdzie zrecenzowano jej książki i choć to nie moja stylistyka, coś mnie w tej recenzji zaciekawiło... na tyle, by chcieć sprawdzić "na własnej skórze" czy to coś dla mnie.
I jeszcze jedna książka! Tym razem jest to nagroda, którą udało mi się zdobyć w konkursie na blogu Pasje i fascynacje mola książkowego :) Strasznie jestem ciekawa tej książki, a tymczasem zapraszam na w/w bloga. Myślę, że jego tytuł oddaje bardzo dobrze to, co można tam znaleźć, ja często tam zaglądam. O, i wiecie co? Właśnie sobie uświadomiłam że to właśnie na tym blogu zobaczyłam pierwszy raz nazwisko Katarzyny Enerlich. Niezły zbieg okoliczności ;)
Tyle o książkach, przechodzę do nowinek kosmetycznych. Listonosz mnie w tym tygodniu nie omijał - powyżej możecie zobaczyć dwa produkty, które dostałam do testów. Peeling grejpfrutowy Stenders oraz preparat punktowy na niedoskonałości od Novaclear. Ten preparat to akurat kosmetyk, który najmniej z całej serii Novaclear miałam ochotę przetestować, ale marudzić nie będę i biorę się do roboty ;) Moją radość nieco zakłóca fakt, że kosmetyk który otrzymałam ma dość krótką datę (do listopada 2012) i z tego co wiem, nie tylko ja taki dostałam. Firma zapewnia na facebooku, że wysyłka produktów z kończącą się datą była pomyłką i wszyscy otrzymają jeszcze jeden produkt, tym razem z długim terminem przydatności... Jeżeli faktycznie tak będzie, to wszystko ok, uważam że to słuszne zachowanie firmy i wyjście z sytuacji "z twarzą". (Aktualizacja - dwa dni później dostałam drugą przesyłkę. Data do 2015, więc firma zachowała się bardzo uczciwie. Tylko znowu trafił mi się ten żel punktowy!) 

Co się zaś tyczy peelingu, to jest to chyba najbardziej ekspresowo załatwiona sprawa od czasu istnienia mojego bloga ;) Jednego dnia dostałam maila od Ofeminin.pl (bo to dzięki temu portalowi odbywa się testowanie) że zakwalifikowałam się do grona ekspertek, a następnego dnia kosmetyk był już u mnie! To lubię! Peelingu jeszcze nie miałam okazji użyć, ale nie mogłam się powstrzymać by go nie otworzyć - pachnie po prostu nieziemsko!
I jeszcze dwie przesyłeczki - próbka CelluOFF oraz mały CIF ;) Będę testować, choć zastanawiam się, czy w przypadku tabletek 10 dni kuracji (bo na tyle wystarczy próbka) ma prawo cokolwiek zmienić. Cóż - to się okaże. Jeśli zauważę jakąkolwiek różnicę, z pewnością opiszę to na blogu. (Edycja - dwa dni później dotarło do mnie drugie, takie samo opakowanie - chyba przez pomyłkę? Tak czy inaczej, z taką ilością testowanie nabierze większego sensu :)
Na koniec już nie przesyłki a zakupy. Zacznę od żeli - Cien z Lidla, wersja męska - chyba już wspominałam, ale lubię męskie kosmetyki ;) Kosztował jakąś zawrotną sumę w stylu 2.99, ciekawa jestem, czy będzie znośny. Oceania z kolei jest z Biedronki, kosztowała 2.60 i oprócz zabójczej ceny skusiła mnie również nietypową nutą zapachową (lawenda i patchouli). Ale najbardziej jestem dumna z mojego łupu w postaci Ziai - Żel rozgrzewający termo wyszczuplający. Na chłody będzie idealny - uwielbiam te rozgrzewające mazidła zimą i chłodzące latem. Tej serii jeszcze nie miałam okazji używać, choć od dawna miałam w planach. Wiecie co jest najlepsze? Normalnie kosztuje w okolicach 16zł a obecnie w Rossmanach jest "cena na dowidzenia" i zapłaciłam 6.99. Żyć nie umierać ;)

A, jeszcze jedno. Ze dwa dni temu gdzieś na Bangli wywiązała się dyskusja na temat Rossnetu - jak to jest, że mają od groma tych konkursów, brałam udział już "milion" razy w różnych a jakoś nigdy nie udało się wygrac i nawet nie znam nikogo, kto wygrał. No i wykrakałyśmy ;) dziś dostałam maila, że udało mi się wylosować nagrodę. Nie mam pojęcia jeszcze co to takiego, ale bardzo się cieszę. Kurcze, może ja powinnam w totka w tym miesiącu zagrać, numery mi jakoś dziwnie sprzyjają.

Tym optymistycznym akcentem kończę dzisiejszą notkę i zabieram się za przegląd Waszych blogów. Chwilkę mnie nie było i strasznie jestem ciekawa, co tam u Was :)

wtorek, 18 września 2012

Trio do zadań specjalnych

Dzisiaj opiszę zestaw kosmetyków, które bardzo lubię. Nie są to produkty absolutnie obowiązkowe na mojej półce (z resztą - takich jak dotąd odkryłam naprawdę niewiele), ale używam ich z dużą przyjemnością. Co to takiego? Apteczne, zielone Eucerinki :)
Seria, z której pochodzą wszystkie trzy kosmetyki nosi nazwę Dermo-purifyer i jak można się domyślić, jej celem jest oczyszczenie skóry. Dodatkowo ma działać przeciwko niedoskonałościom i zmianom trądzikowym. W skład powyższego zestawu wchodzi żel oczyszczający, tonik oraz krem matujący i muszę powiedzieć, że wspaniale używa się ich razem - z resztą, ja bardzo lubię mieć kilka kosmetyków z tej samej linii (choć w praktyce rzadko mi się to udaje). Pierwszy raz zetknęłam się z Eucerinami przy okazji kampanii  organizowanej przez Streetcom, gdzie zostałam wybrana do ich testowania; później kupowałam już "sama". Co mnie do tego skłoniło? O wszystkim napiszę dalej a zrobię to w takiej kolejności, w jakiej się używa tych kosmetyków, na pierwszy ogień zatem pójdzie...
EUCERIN Dermo-Purifyer
Żel oczyszczający

Co mówi o nim producent:  
Łagodnie i skutecznie oczyszcza skórę; usuwa nadmiar sebum i zanieczyszczenia; usuwa makijaż.
Składnik aktywny:
6% Ampho-tenside - amfoteryczny związek powierzchniowo czynny, który bardzo łagodnie oczyszcza skórę.  
Opakowanie/dozowanie:
Plastikowa butla o pojemności 200ml, z bardzo ciekawym otwarciem (na zdjęciu) - trzeba wcisnąć wieczko tak, by się pochyliło i dopiero wtedy żel może wypłynąć. Wydawało mi się, że jestem inteligentną osobą... a rozpracowanie jak-to-do-diabła-otworzyć zajęło mi dobrych parę minut ;D Uważam, że to bardzo fajny sposób zamykania/otwierania, mam tylko wątpliwości co z transportem - raz się zdarzyło, że w wypchanym maksymalnie plecaku jakimś cudem ten żel mi się "przycisnął" i wypłynęło nieco zawartości. 
Skład: na zdjęciu poniżej
Konsystencja: 
Przezroczysty, bezbarwny żel, dosyć rzadki, bardzo wygodny w aplikacji i w wydobywaniu z butli. Nie wiem do końca jak opisać zapach - wydaje mi się taki "typowy" dla kosmetyków przeciwtrądzikowych, kojarzący się z nimi, przyjemny.
Wydajność: bardzo, bardzo wydajny
Cena: ok 35zł, ale można trafić na spore promocje 
Moje wrażenia: 
Bardzo przyjemny w użyciu, oczyszcza twarz dokładnie ale delikatnie. Nakładam go na zwilżoną skórę po czym masuję aż do powstania lekkiej "pianki" a wtedy zmywam. Nie uczula, nie podrażnia - jest naprawdę łagodny - mimo to pozostaje po nim uczucie lekkiego ściągnięcia. Nie przeszkadza mi to, ponieważ efekt ten znika po użyciu kolejnych kosmetyków z tej gamy (toniku oraz kremu). Żel zmywa makijaż bardzo dobrze i dokładnie - niestety nie można go użyć do mycia okolic oczu. Ma jedną zdecydowaną wadę - zawiera SLS w składzie. 
Ilość zużytych opakowań: 2
Czy kupię ponownie? TAK
EUCERIN Dermo-Purifyer
Tonik

Co mówi o nim producent: 
Intensywnie oczyszcza cerę ze szczególnym uwzględnieniem okolic łojotokowych twarzy (tzw. strefa T); zapobiega powstawaniu niedoskonałości i zmian trądzikowych.
Składniki aktywne: 
Kwas mlekowy - ma właściwości keratolityczne (mikrozłuszczające), dzięki którym odblokowuje ujście mieszka włosowego. Działa antybakteryjnie, obnizając pH mieszka włosowego, a także jako składnik naturalnego czynnika nawilżającego (NMF) łagodnie nawilża i pielęgnuje.
Follicle targeting system - unikalny system transportu liposomalnego, polegający na dostarczaniu wysoce skutecznego kwasu mlekowego bezpośrednio do mieszków włosowych, czyli tam, gdzie powstają zmiany trądzikowe i niedoskonałości, przy jednoczesnym odpowiednim nawilżeniu skóry. 
Opakowanie/dozowanie:
Plastikowa butla o pojemności 200ml. Dozownik - typowy dla toników. Do zdecydowanych plusów tego opakowania można zaliczyć to, że jest bardzo szczelne - tonik "przeżył" kilkanaście podróży ściśnięty w wypakowanym plecaku lub walizce i nie uroniła się nawet kropelka ;) Minusem jest to (ponieważ już muszę do czegoś się przyczepić) że dozownik jest taki zwyczajny - nie posiada żadnych "zabezpieczeń" ani specjalnego profilowania (jak np u Biodermy - genialna "zatyczka" Sensibio H2O!) w związku z czym przez nieuwagę można wylać tego toniku za dużo - często mi się to zdarzało na początku. 
Skład: na zdjęciu poniżej

Konsystencja: 
płyn, bezbarwny (może leciutko zielonkawy) o zapachu takim jak żel (patrz powyżej)
Wydajność: średnia, typowa dla toników ale dużo niższa niż pozostałych produktów z serii
Cena:
25-35zł
Moje wrażenia: 
Idealne dopełnienie żelu, który opisywałam powyżej. Bardzo dobrze tonizuje, koi skórę, zapobiega jej ściągnięciu. Po użyciu twarz się nie lepi, ma się wrażenie świeżości i dobrego oczyszczenia. Wada - zawiera alkohol.
Ilość zużytych opakowań:  
2
Czy kupię ponownie? TAK 

EUCERIN Dermo-Purifyer
Matujący krem nawilżający

Co mówi o nim producent: 
Krem odblokowuje pory i oczyszcza skórę; redukuje istniejące zaskórniki i zapobiega powstawaniu nowych zmian; złuszcza skórę nie powodując podrażnień; wyraźnie wygładza skórę poprawiając jej wygląd.
Składnik aktywny: 

Licochalcone - łagodzi podrażnienia i w widoczny sposób pielęgnuje obszary skóry objęte stanem zapalnym.
Decandiol - działa przeciwbakteryjnie i zapobiega podrażnieniom.
Karnityna - reguluje produkcję sebum.
Skład:
Aqua, Cocamidopropyl Betaine, Decyl Glucoside, Sodium Myreth Sulfate, Polyethylene, Lactic Acid, Hydroxypropyl Starch Phosphate, Acrylates/ C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Polyquaternium-10, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, Mannitol, Microcrystalline Cellulose, PEG-90 Glyceryl Isostearate, Laureth-2, Benzophenone-4, Phenoxyethanol, Methylparaben, Propylparaben, Parfum, CI 77289.
Opakowanie/dozowanie:
Plastikowe opakowanie mieści w sobie 50ml produktu. Jest niewielkie i poręczne. Na uwagę zasługuje też dozownik - higieniczna, wciskana pompka, którą można wydobyć dokładnie tyle kremu, ile jest potrzebne, w dodatku bez obaw o bakterie.
Konsystencja: Dosyć rzadka, ale nie wodnista. Bardzo dobrze i szybko rozprowadza się po twarzy. Kolor - żółtawy, niezbyt ładny, ale na twarzy oczywiście niewidoczny (szybko się wchłania - duży plus!); zapach - podobnie jak reszta serii.
Wydajność: 
bardzo duża!
Cena:
ok. 40 zł, chyba, że promocja ;)
Moje wrażenia: 
Bardzo lubię, kiedy krem (zwłaszcza dzienny) ma taką konsystencję - sprawia to, że błyskawicznie da się go rozsmarować na twarzy, zajmuje to dosłownie kilka sekund :) Co więcej, ten krem również bardzo szybko się wchłania i nie pozostawia na twarzy tłustego filmu, co dla mnie jest bardzo ważne i wpływa na ogólny komfort stosowania. Jak najbardziej nadaje się pod makijaż. Nie zapycha, nie podrażnia, idealnie współgra z żelem i tonikiem z tej serii. Ma wszakże jedną wadę - tak do końca, to matujący on nie jest. Owszem, twarz nie błyszczy się aż tak, jak po większości kremów, jednak mimo wszystko matem bym tego nie nazwała. Tak czy inaczej, dla mnie to go nie dyskwalifikuje - nie spotkałam jeszcze kremu, który pozostawiałby na twarzy pełny mat; w tym przypadku wystarczy parę machnięć pudrem i błyszczenie znika (na długo). Odczuwalne jest też działanie nawilżające, skóra jest gładka, wypielęgnowana. Krem przeznaczony jest dla cery mieszanej (właśnie taką mam), moim zdaniem spokojnie nadawałby się również do tłustej, natomiast dla bardzo wysuszonej mógłby być zbyt słaby.
Ilość zużytych opakowań:  
2
Czy kupię ponownie? TAK

Parę słów na temat DZIAŁANIA i skuteczności 

Czas na małe podsumowanie dotyczące użytkowania całej powyższej serii. Co dało mi stosowanie tych trzech produktów?

Mam wrażenie, że dzięki tym kosmetykom moja skóra wygląda bardziej "promiennie", wyrównał się też jej koloryt. Powiem więcej - to nie tylko moje własne wrażenia, moja przyjaciółka sama z siebie zapytała, czego używam, bo moja twarz wygląda jakoś inaczej :) Ilość zaskórników nieznacznie się zmniejszyła, ale nie zniknęła; pozbyłam się natomiast wszelkich innych niedoskonałości i nie pojawiają sie nowe - seria skutecznie przed tym zabezpiecza. Kosmetyki są przyjemne w stosowaniu - nie występuje efekt szczypania czy podrażnień (co zdarzało mi się przy innych seriach przeciwtrądzikowych), zapach jest ładny, opakowania poręczne, wygodne i nie rażące poczucia estetyki ;) Czegóż chcieć więcej? Jedynym minusem wydaje się być... cena. Faktycznie, jest znacznie wyższa niż koszt zwykłych kosmetyków do oczyszczania twarzy. Moim zdaniem równoważą ją jednak dwa czynniki - wydajność! która - oprócz toniku - jest po prostu niesamowita, oraz skuteczność. Nie miałam dużych problemów z pryszczami lub innymi niedoskonałościami, ale trochę tego jednak było, ponieważ same z siebie pojawiały się co jakiś czas - jak do tej pory tylko Euceriny potrafiły temu skutecznie zapobiec.

Uff, zbierałam się do tej recenzji dłuższy czas i wreszcie mam ją z głowy ;-) Znacie te kosmetyki, testowałyście? A może któraś z Was zna inne serie Eucerinów, mają w ofercie coś godnego uwagi?

poniedziałek, 17 września 2012

Przegląd poczty [9]: Przesyłki, nagrody, testowanie... czyli to co Rin lubi najbardziej ;-)

Ostatnio jestem w rozjazdach a tymczasem zebrało się kilka rzeczy do opisania. Zacznę zatem od przesyłek: dotarła do mnie nagroda z rozdania, które odbyło się na blogu California Venus
Jak widać na zdjęciu, dostałam maskarę N.Y.C., cień sypki L.A. Colors oraz kokosowy krem do stóp Burt's Bees. Nagroda ucieszyła mnie bardzo z tego względu, że żadnego z tych kosmetyków do tej pory nie miałam :) Na dodatek wszystkie mi się przydadzą - czarnego cienia najczęściej używam, maskara - wiadomo, a co do kremu - uwielbiam zapach kokosa :)
Mój listonosz obdarował mnie również kilkoma kartkami od Lacoste, zawierającymi próbki ich zapachów (łącznie sześć). Niestety, sprawdziłam na stronie i chyba w tej chwili nie można już ich zamawiać, ale warto tam zaglądać - takie akcje pojawiają się co jakiś czas, np. przy okazji premiery nowych zapachów.

Skoro już jesteśmy przy perfumach - pamiętacie "czarną kopertę", o której jakiś czas temu pisałam? Uporałam się w końcu z testowaniem próbek i wyborem najbardziej ulubionego zapachu (a nie było łatwo!) i wyskrobałam krótki tekst na temat moich wrażeń. Sabbath upiera się, że to recenzja ;-) i zamieściła go na swoim blogu - dla wszystkich chętnych podaję linka - moją tfu-rczość można przeczytać TUTAJ.

Cóż jeszcze? Ach, same dobre wieści! Jak wiadomo, bardzo lubię testować... no dobra - jak chyba każda z nas. Zgłosiłam się ostatnio do kilku kampanii przeznaczonych dla blogerów i blogerek, no i udało się! Co niebawem przyniesie listonosz?
Zestaw produktów BIC przeznaczonych do golenia. W jego skład wchodzą cztery różne rodzaje maszynek + pianka. Produkty otrzymam dzięki portalowi Bangla.pl - polecam, cały czas można zgłaszać się do testów różnych ciekawych rzeczy, nie tylko kosmetyków (obecnie trwa nabór do testów różu Bourjois i... hiszpańskich oliwek ;)
Niedawno odbywał się test konsumencki Novaclear. Chętni zgłaszać się mogli na facebooku, a jako że wreszcie założyłam tam konto - skorzystałam z okazji. Udało mi się dostać do grona testujących ale wciąż nie wiem, co dostanę? Strasznie jestem ciekawa. Linia Novaclear przeznaczona jest do walki z trądzikiem, najbardziej mi się marzy zestaw żel+tonik, albo maseczka... Cóż, pozostaje mi oczekiwać cierpliwie aż paczka przyjdzie :) 

A o tej niespodziance dowiedziałam się dopiero dziś rano. Marka Alkemika Paese również poszukiwała testerów, zgłosiłam się i cierpliwie czekałam na wyniki, które ukazały się w piątek. Szybko przebiegłam wzrokiem listę "wybrańców", jednak się tam nie znalazłam... ale jedno z nazwisk brzmiało podobnie, napisałam więc wiadomość i okazało się, że to literówka i jednak chodziło o mnie :)) Tym sposobem będę miała niebawem do testów coś ciekawego z kolorówki. Co dokładnie? Tego również nie wiem, jednak każda z testerek została poproszona o napisanie w mailu paru słów o sobie, tak więc najprawdopodobniej otrzymam kosmetyki, które przypadną mi do gustu.

To tyle, jeśli chodzi o nowości. Umieram z głodu, ale postanowiłam sobie, że najpierw dokończę tę notkę, a później zabiorę się za pichcenie. Co dzisiaj? Kotlety sojowe :-) Wracam na porządną dietę, bo przez te wszystkie wyjazdy trochę za bardzo wyluzowałam. Miłego poniedziałku! 

czwartek, 6 września 2012

DENKO - sierpień 2012

No i wreszcie jest - długo przeze mnie zapowiadane denko sierpniowe :) Tak jak mówiłam, jest dosyć duże - i właśnie w tym momencie sobie uświadomilam, że fotografując zapomniałam zrobić "zbiorczego" zdjęcia tych wszystkich opakowań. Żałuję, bo to wyglądałoby bardziej spektakularnie ;) No cóż, teraz już tego nie naprawię - pudełeczka i butelki już dawno w koszach, posegregowane oczywiście, przejdę zatem do opisywania wszystkiego po kolei. Zaczynamy:
DUCRAY Melascreen, Creme solaire SPF 50+, 40ml - mój ukochany filtr, aż dziwię się, że jeszcze nie recenzowałam go na blogu. Kupuję go od dawna i kupię znowu :)

BIODERMA Photoderm Max SPF 50+, 40ml - tego filtra używam jako "zastępcy" Ducraya, gdyż ten bywa trudnodostępny. Photoderm też jest całkiem niezły, tylko trochę bardziej bieli. Kupię ponownie.

ZIAJA, Sopot SPA, Krem ochronny aktywnie nawilżający, 50ml - kupiłam, ponieważ uwielbiam zapach tej serii. Krem okazał się za ciężki, za bardzo też świeciła się po nim twarz jak na krem dzienny. Nie był tragiczny ale to nie to czego szukam - nie kupię już.

FLOS-LEK, Żel na powieki i pod oczy ze świetlikiem i chabrem, 10g - mały drobiazg, ale przydaje się gdy oczy są nadwerężone; fajnie relaksuje i chłodzi, nie jest to dla mnie kosmetyk niezbędny ale zapewne kupię znowu.

LA ROCHE-POSAY, woda termalna, 50g - dawniej wydawała mi się zbędna, teraz nie wyobrażam sobie bez niej lata i upałów. Świetnie chłodzi i orzeźwia. Zwykle dostaję ją jako gratis albo w promocji, ale być może sama kupię.
PROFARM, Tonich Pichtowy ProOil, 200ml - pisałam o nim TUTAJ, oczywiście że kupię :)

BEBEAUTY, Hydro Effect, żel micelarny, 150ml - zaskoczył mnie, całkiem bezproblemowo zmywało sie nim makijaż, nie podrażniał ani nie wysuszał. Można kupić.

ZIAJA, Sopot SPA, płyn micelarny, 200ml - super zapach (dlatego go kupiłam) i brak podrażnień - to chyba jego jedyne zalety. Tak poza tym jest zupełnie nijaki i jeszcze średnio zmywa makijaż. Raczej nie kupię. 
DAX, Perfecta, Beauty Mask, maseczka z sokiem aloesowym i kwiatem pomarańczy, 10ml - było jej baaardzo dużo w tej saszetce :) Działa kojąco, nie wiem czy jakoś na długo nawilża ale z pewnością natłuszcza. Trochę za tłusta na tę porę roku ale w zimie może kupię.

EVELINE, Chłodząca maseczka po przedawkowaniu słońca SOS, 6ml - bardzo przyjemnie chłodzi, przynosi ulgę. Raczej kupię.

Rival de Loop - 3 maseczki (oliwkowa, Q10, mleko&miód), 3x8ml - zaczynam podejrzewać, że te maseczki rosmannowskie niczym oprócz zapachu się od siebie nie różnią. Mam jeszcze do przetestowania inne rodzaje, ale podejrzewam, że taki będzie właśnie mój wniosek. Z tych trzech zdecydowanie wyróżnia się miodowa - zapachem właśnie, jest naprawdę odprężający - i tylko ją zamierzam kupić w przyszłości.
 EVELINE, Slim Extreme 3D, Serum intensywnie wyszczuplające,  250ml + próbka 7ml - mój ulubiony balsam na lato, świetnie chłodzi. Ujędrnia, wygładza i nawilża - nie zauważyłam, żeby wyszczuplał ale szczerze mówiąc nie wierzę, żeby jakikolwiek kosmetyk mógł wyszczuplić ;) Jedyne, co mi się nie podoba to zapach - taki dziwny mentol, oczy mi łzawią od niego. To już któreś opakowanie z kolei i zamierzam kupić ponownie.

EVELINE, Slim Extreme 3D, Aktywne serum przeciw rozstępom, 250ml - bardzo przyjemny kosmetyk, również ma w składzie mentol (i niestety czuć to w zapachu, też mi się nie podoba) więc fajnie chłodzi ale ma również coś jeszcze, przez co odczucie jest chłodząco-rozgrzewające. Nie zauważyłam redukcji rozstępów, ale dobrze nawilża, ujędrnia. Pewnie kupię.

LA ROCHE-POSAY, Iso-urea, mleczko do ciała, 3x 15ml - często dostajęe te mini opakowania w aptekach jako gratisy. Uwielbiam ten balsam - szybko sie rozprowadza i wchłania, ślicznie pachnie, bardzo dobrze nawilża. Mam ochotę kupić pełnowymiarowe opakowanie, ale raczej poczekam na jakąś promocję :)
JOANNA, Naturia, Peeling myjący z truskawką, 100ml - nie lubię serii Naturia a peelingi są chyba najgorsze, ładny był jedynie zapach, lecz znikał błyskawicznie. Peeling ani zbyt dobrze nie zdziera, ani myje. Nie mam zamiaru więcej kupować.

AILE, Soft, Shower gel, 300ml - to całkowite zaskoczenie, ponieważ kupiłam ten żel za astronomiczną kwotę 2 zł... i okazał się całkiem sympatyczny. Bardzo ładnie pachnie i nie wysusza skóry - a te dwie kwestie są dla mnie najważniejsze przy tego typu kosmetykach. Konsystencję ma dość rzadką, co nie każdemu może pasować. Ja kupię ponownie i wypróbuję też inne z tej serii.

TESORI D'ORIENTE, Białe piżmo, krem do kąpieli, 500ml
- nie wysusza, dobrze nawilża, dobrze się pieni i zmywa. Jest w fajnej metalowej butli. Bardzo intensywnie pachnie, co z pewnością spodoba się każdemu, kto lubi perfumy o tym zapachu. Ja nie za bardzo, więc już nie kupię.
NATEI, Szampon do włosów suchych i zniszczonych, 500ml - zwyczajny szampon o dość gęstej konsystencji i ładnym zapachu. Mogę kupić.

ZIAJA, Szampon do włosów normalnych (figowy), 500ml - lubię te szampony za ich rzadką konsystencję (a mimo to są wydajne!). Ładny zapach, włosy dobrze się rozczesują. To już moja druga butla i kupię znowu.

EVELINE, Just epil, 3-minutowy krem do depilacji nóg, 125ml - moja recenzja TUTAJ, będę kupować nadal :)

NIVEA, Błyskawicznie nawilżający krem do rąk, 75ml - tragiczny krem, nic nie robił, nawilżał na całe 30 sekund. Nigdy nie kupię.
TESORI D'ORIENTE, Białe piżmo, EDP, 100ml - bardzo intensywne perfumy o zapachu przykuwającym uwagę. Moje otoczenie go lubi, ja za nim nie przepadam więc z pewnością go nie kupię.

GOSH, Feeling Sensual, dezodorant, 150ml - nic nie robi poza tym, że intensywnie pachnie perfumami Gosh. Nie kupię.

ISANA, Deo spray Fresh, 150ml - w ogóle nie działa a zapach ma dość przeciętny. Nie kupię, bo po co.
I oczywiście garść wszelakich próbek, których nie będę tu opisywać. Uff, udało mi się dobrnąć do końca tego denka, a Wam? Chętnie poczytam Waszych opinii o powyższych kosmetykach. 

poniedziałek, 3 września 2012

Pierwszy krem do depilacji, który...

...kupiłam więcej, niż raz! A mowa o wielokrotnie chwalonym na forach trzyminutowym Just Epil od Eveline. Zużyłam właśnie czwarte opakowanie i nabyłam kolejne, przyszedł więc czas na recenzję. Na początek zdjęcie całej zawartości pudełka:
Jak widać oprócz tubki z kremem w pudełku możemy znaleźć rownież szpatułkę pomocną w jego użyciu. Na początek co o tym kosmetyku mówi producent:

Krem dokładnie, szybko i skutecznie usuwa zbędne owłosienie. Dzięki zawartości specjalnie dobranych substancji czynnych preparat pozostawia skórę miękką, gładką i dobrze nawilżoną. Nowoczesna receptura została wzbogacona o wyciąg z melona i ekstrakt z aloesu, które działają na skórę nawilżająco i łagodząco, pielęgnując ją podczas zabiegu. Zawarty w formule ekstrakt z Larrea divaricata opóźnia i spowalnia odrastanie włosków, dzięki czemu zmniejsza się częstotliwość przeprowadzania zabiegu depilacji.

Z większością powyższych obietnic muszę się zgodzić - to nie chwyty marketingowe, a najprawdziwsza prawda :-) Co prawda nie wiem napewno, czy krem działa dokładnie po tych przepisowych trzech minutach - nigdy nie udało mi się usunąć go własnie po upływie takiego czasu, ale to wyłącznie wina mojego gapiostwa, zawsze mnie coś zajmie po drodze albo się zaczytam i zapomnę... ale i z tego mogę wyciągnąć kolejny plus tego kremu - jest w miarę łagodny. Gdyby miał coś podrażniającego w składzie, to moje nogi wyglądałyby tragicznie po takim nadprogramowym czasie depilacji. Wstyd się przyznać, ale kiedyś zapomniałam się już totalnie i trzymałam go prawie 20min! I nic mi nie było, tak więc delikatność na plus. 
Skład kremu.

Najważniejsza rzecz - czy działa? Ależ tak. Jest bardzo skuteczny w usuwaniu niechcianego owłosienia, nogi po nim są gładziutkie, nic nie zostaje, schodzi 100% tego co ma zejść. Tak więc najważniejszy warunek spełniony. Jest jeszcze jedna rzecz, która zdecydowanie wyróżnia ten krem spośród innych - ma zdecydowanie mniej nieprzyjemny zapach niż większość tego rodzaju specyfików. Wiem, co mówię - testowałam już kilka różnych marek i z reguły woń produktu była nie do wytrzymania.

Jeszcze jeden plus - załączona szpatułka jest bardzo wygodna w użyciu. Świetnie się nią krem rozprowadza jak i później usuwa wraz z niepotrzebną sierścią ;) Spełnia swoje zadanie tak jak trzeba.

Minus znalazłam jeden, za to spory - wydajność. Nie wiem, jak Wam, ale mnie schodzi cała tubka na jednorazową depilację całych nóg. Wynagradza to jedynie fakt, że cena nie jest zła a efekt utrzymuje się conajmniej przez tydzień. Jak dotąd nie znalazłam lepszego kremu, choć będę próbować :)

Dane techniczne ;)
Opakowanie: tubka 125ml
Cena: 7,99zł
Dostępność: bardzo dobra
Ilość zużytych sztuk: 4
Kupię ponownie? TAK


Przeczytane w sierpniu

W tym miesiącu mój wynik również nie jest zbyt imponujący, ale robiłam co mogłam. Zastanawiam się i  w głowie mi się nie mieści - jak ja dawałam radę, jeszcze nie tak dawno temu, czytać pięć książek tygodniowo i jeszcze prowadzić normalne życie? Skąd ja brałam na to czas? Teraz to dla mnie nieosiągalne, mimo że staram się łapać za książkę w każdej wolnej chwili.
Sierpień rozpoczęłam od dokończenia Sagi Zmierzch, i o ile przebrnąwszy przez początkowe trzy tomy wykazywałam niejaką tolerancję dla tego (nie)typowego romansu, to tom ostatni mnie jej pozbawił. Może to zmęczenie materiału, ale straciłam cierpliwość do ciągłych powtórzeń, coraz bardziej zaczęły mnie kłuć w oczy ubogie opisy i słownictwo (to akurat może być również wina tłumaczki) a przede wszystkim przewidywalność tej historii. Książka mnie po prostu znudziła i z pewnością na długi czas wyleczyła z eksperymentów gatunkowych. Romansidła nie są dla mnie i raczej nigdy nie będą, choć podejrzewam, że w tym przypadku nie tyle wina leży w samej tematyce, co w warsztacie autorki, który nie wydaje mi się zbyt wyrafinowany. Zazwyczaj, gdy książka zmierza do końca żałuję, że to tak szybko nastąpiło - w tym wypadku jednak nie mogłam się tego końca doczekać. Na półce co prawda zostało mi jeszcze do przeczytania Drugie życie Bree Tanner (poboczny wątek związany ze Zmierzchem), ale trochę czasu musi minąć, nim znów wezmę się za wampiry, przynajmniej te "Meyerowskie".

Kolejna pozycja to wygrana w rozdawajce u Czytelniczki książka Jestem Kobietą, będąca zbiorem pięciu historii, opowiadanych przez kobiety zrzeszone w sopockiej grupie wsparcia. Co mogę powiedzieć po przeczytaniu? Że książka zawiera dokładnie to, co obiecuje okładka - opowieści o związkach, nadziejach, marzeniach, odwadze i przyjaźni. Są to historie prawdziwe, szczere do bólu, napisane przez życie. Czy zaskakujące? Nie do końca - przecież są to sprawy, które widujemy na codzień. Spodziewałam się, że książka będzie nieco inna, może bardziej "ufabularyzowana", tymczasem czytając miałam wrażenie, jakby bohaterka każdej z historii siedziała obok mnie popijając herbatę i opowiadała swoje losy - prosto, szczerze, bez upiększeń. Nie przepadam za taką literaturą, ale nie żałuję, że przeczytałam tę książkę.

Czas na dwa tytuły, które w tym miesiącu czytało mi się zdecydowanie najprzyjemniej, oba z Fabryki Słów. 4 pory mroku Pawła Palińskiego to po pierwsze lubiana przeze mnie forma - zbiór opowiadań, a po drugie jeden z moich ulubionych gatunków - fantastyka podszyta grozą (lub też groza z elementami fantastyki?). Dziesięć zróżnicowanych tematycznie historii a każdą z nich czytałam z dużym zainteresowaniem. To nie jest książka, która od samego początku do końca trzyma w napięciu - wspomniana przeze mnie groza jest przyczajona, na pierwszy rzut oka niewidoczna i tylko raz na jakiś czas czytelnika przechodzi dreszcz a opowiadania zaskakują nieoczywistymi zakończeniami. Nie sposób się nudzić. Ta książka z pewnością zostanie na mojej półce i pewnie jeszcze kiedyś do niej wrócę.

Załatwiaczka natomiast to tytuł, po który chciałam sięgnąć już od jakiegoś czasu ale z jakichś powodów wciąż nie mógł trafić w moje ręce. Zachęciło mnie jedno opowiadanie Mileny Wójtowicz, które przeczytałam w jakimś piśmie fantastycznym (prawdopodobnie było to moje ulubione, nieistniejące już Science Fiction Fantasy i Horror). Ta książka również składa się z opowiadań, tym razem tworzących jedną, spójną historię. W tym przypadku forma opowiadań trochę mi przeszkadzała, a to dlatego, że każde było pisane trochę tak, jakby czytelnik nie znał poprzedniego lub też miał bardzo słabą pamięć. Powtarzały się krótkie wprowadzenia czytelnika w realia opisywanego świata i mimo, iż nie były to długie fragmenty, po którymś razie ich obecność zaczęła irytować i sprawiła, że zastanawiałam się, czemu właściwie książki nie podzielono zwyczajnie na rozdziały zamiast tych osobnych opowiadań? Wracając jednak do treści - Zalatwiaczka to historia Polki, studentki, która po przyjeździe do Exeter z powodu dość niefortunnego dla niej zbiegu okoliczności podpisuje dziesięcioletni kontrakt skazujący ją na pracę w całkiem nietypowym zawodzie. Zawodzie, który wiąże się między innymi z kontaktami ze światem wróżek, czarodziei i wampirów, zwanych tutaj potocznie branżą. Zabawna i odprężająca lektura :)

Podsumowanie SIERPNIA
Ilość przeczytanych książek: 4 (plus jedna, którą wciąż czytam)
Ilość przeczytanych stron: 1724
Średnio dziennie stron: 56
Najlepsza książka miesiąca: 4 Pory Mroku, Paweł Paliński
Lista tytułów:
  1. Przed świtem, Stephenie Meyer (Wydawnictwo Dolnośląskie, 2009)
  2. 4 Pory mroku, Paweł Paliński (Fabryka Słów, 2009)
  3. Jestem kobietą, Monika Gajdzińska (Wydawnictwo Dobra Literatura, 2010)
  4. Załatwiaczka, Milena Wójtowicz (Fabryka Słów, 2007)

sobota, 1 września 2012

Przegląd poczty [8]: Zakupy i przesyłka

Witam we wrześniu :) Wczoraj był dzień bloga - wiedzieliście? Ja dowiedziałam się z Facebooka, ale nie miałam już siły publikować na ten temat notki. Zauważyłam jednak, że wiele firm kosmetycznych postanowiło uczcić nasze blogowe święto i zorganizować różne konkursy i nabory do testowania specjalnie dla blogerek. Do kilku z nich nawet się zgłosiłam, czas pokaże co z tego wyniknie. Tymczasem zabieram się za nadrabianie zaległości, zaczynając od niedawnych, małych zakupów: 
Skuszona promocjami gazetkowymi udałam się do Rossmanna, żeby zdobyć 2 żele Original Source w cenie 11,99zł. Do sklepu dotarłam jak zwykle już pod koniec promocji, więc asortyment był mocno zubożony. Wybrałam zapachy British Strawberry oraz Mango&Macadamia i po wstępnym testowaniu muszę powiedzieć, że oba żele są dosyć przyjemne w użytkowaniu, ale niestety bardzo im daleko do wrażenia jakie na mnie zrobiła kiedyś wersja lawendowa... Teraz jej nie było, więc nie kupiłam, ale będę polować, bo zapach miała obłędny.

Kupiłam także, jak widać na załączonym obrazku, dwa kremy do depilacji od Eveline. Trzyminutowego Just Epil używam stale i to będzie moja trzecia czy czwarta tubka, natomiast Bio Depil to przypadkowa zdobycz (a jednak udało mi się załapać na słynną biedronkową promocję! 3,99 :) i dopiero sprawdzę jego skuteczność. 

Na zdjęciu jest też zdobycz z promocji z Tesco, podwójna maseczka All About Beauty przeceniona na 1,39. Nie mam żadnych doświadczeń z tą marką więc nie wiem, czego mogę się spodziewać. 

Dotarła do mnie również przesyłka (a raczej przesyłeczka ;) z portalu Pomaderia. Jakiś czas temu udało mi się wygrać w organizowanym przez nich rebusie. Wystarczy zapisać się na newsletter, rebusy są w nim publikowane co tydzień i można wygrać jakiś drobiazg. Mnie trafił się Lip liner firmy Astor, raczej pójdzie na wymianę ponieważ nie używam konturówek. A może dorzucę go do rozdania? Cały czas obmyślam, co kupić na rozdanie... i jeszcze nie wiem, ale wykombinowałam że będzie i coś do czytania, i coś kosmetycznego... Wszelkie sugestie mile widziane :)

W najbliższym czasie wrzucę denko sierpniowe (będzie ogromne... ależ jestem z siebie dumna!) i książki przeczytane w sierpniu (tu trochę mniej, ale lepszy rydz niż nic ;) Pozdrawiam dotychczasowych i nowych obserwatorów, fajnie że się pojawiacie :-)