środa, 24 października 2012

Ogłoszenia :)

Ponieważ muszę wyjechać na kilka dni, a dziś kończy się mój konkurs, zdecydowałam że:

przedłużam zapisy do weekendu!

W sobotę lub niedzielę ogłoszę wyniki i zwycięzców. Będzie ich więcej, ponieważ przyznam również nagrodę pocieszenia :)

A już na początku najbliższego tygodnia szykuję dla Was nowy konkurs - będzie można wygrać możliwość przetestowania bardzo ciekawych produktów. I co najlepsze - zwycięzców będzie aż dwunastu! Potrzymam Was jeszcze chwilę w niepewności, co to takiego... Mam nadzieję, że lubicie niespodzianki? :)

poniedziałek, 22 października 2012

Testowanie BIC - podsumowanie

Jak już wiecie, za pośrednictwem portalu Bangla udało mi się dostać do testowania zestaw do golenia firmy Bic.
W jego skład wchodziły cztery rodzaje maszynek (damskie: Soleil Bella, Miss Soleil, Flexi Lady oraz męskie - Flex 3 Comfort) oraz żel do golenia Soleil Lady. Spędziłam jakiś czas na testowaniu tych różności i moje ogólne wrażenie jest bardzo pozytywne. Są to produkty dobrej jakości a ich design jest przemyślany w ten sposób, by były wygodne w użyciu i praktyczne na codzień. Przekonałam się, że warto poświęcić nieco uwagi na wybór odpowiedniej maszynki dla siebie - nie wszystkie są takie same.
Żel do golenia BIC Lady Soleil od samego początku mi się spodobał. Wydobyłam odrobinę na dłoń by sprawdzić jego zapach i konsystencję... i okazało się, że ta "odrobina" starczyła mi niemal na całą nogę. Żel jest niesamowicie wydajny i świetnie się rozprowadza. Nadaje odpowiedni poślizg maszynce i zmniejsza ryzyko podrażnień i skaleczeń. Do tej pory, jeśli zapomniałam kupić żelu/pianki, używałam do golenia zwykłego kosmetyku do kąpieli, bo i tak nie widziałam wielkiej różnicy. Teraz widzę. Golenie (za którym szczerze mówiąc bardzo nie przepadam) stało się odrobinę milsze :)

Jego zapach jest delikatny i nawet ładny. Producent informuje, że w składzie ma m.in witaminę E, która działa przeciwstarzeniowo i nawilżająco. Nie zauważyłam spektakularnego nawilżenia, ale skóra jest gładka i sprężysta, bez podrażnień, więc żel robi nawet więcej niż mogłoby się po nim oczekiwać.

W opakowaniu jest 150ml kosmetyku (co starczy raczej na długo) i kosztuje ok. 13-15 zł. Kupię ponownie, bo jestem zadowolona z użytkowania :)
Trochę obawiałam się testowania maszynek. No bo... ileż ja mogę napisać o każdej z nich? Wydawało mi się, że będzie ciężko, tymczasem okazalo się że poszczególne modele różnią się od siebie w stopniu znacznym.
  • Flexi Lady to ta niebieska na samej górze, o cienkiej rączce i wyglądająca dość niepozornie. Broni się jednak superwygodną, ruchomą główką. Ostrza tępią się dość szybko, ale te maszynki nie są drogie (ok. 11 zł za trzy sztuki), więc to niejako wynagradza krótką trwałość. Maszynka prosta i dobra.
  • Flex 3 Comfort - męski odpowiednik Flexi Lady. Różni się od niej tylko tym, że jest ostrzejszy (trzeba uważać, żeby się nie pozacinać). Cenowo wygląda podobnie.
  • Soleil Bella - na zdjęciu po prawej, zielona z grubszą rączką, którą bardzo wygodnie się trzyma, bo są na niej gumowe antypoślizgowe elementy. Jest to maszynka prawie idealna. Bardzo ostra, jednak tak wyprofilowana, że nie sposób się skaleczyć. Ma również ruchomą główkę, co wpływa na komfort używania. Bardzo dobre maszynki! Kosztują w okolicach 23 zł za 3 sztuki, są więc znacznie droższe od typowych maszynek, ale odczuwalna różnica używania jest spora.
 A na koniec moje faworytki - Miss Soleil. Jedyne, co mi się w nich nie podoba, to kolor. Ok, różowy jest kobiecy... podobno. Gdyby były niebieskie, to bym się zakochała ;) Ale to chyba najmniej istotna kwestia jeśli chodzi o golenie nóg, przejdźmy więc do konkretów: szeroki, super wygodny uchwyt, na dodatek grawerowany w jakieś kwiatuszki - nie ma szans, żeby maszynka wypadła z łapy nawet pod prysznicem. Stabilnie się ją prowadzi, więc ryzyko zacięć i innych uszkodzeń organizmu znacznie się zmniejsza.

Nie ma ruchomej główki, co dla niektórych może być wadą, mnie przestało przeszkadzać bardzo szybko.

Te maszynki są bardzo ostre i długo tę ostrość utrzymują. Na początku trzeba uważać, żeby się nie skaleczyć (jeśli ktoś jest nieprzyzwyczajony do takiej ostrości), golą bardzo precyzyjnie i szybko.

Dla mnie hit! Z pewnością zainteresuję się nimi, gdy będę następnym razem kupować maszynki. Cena również jest całkiem przystępna - 15 zł za 4 sztuki. 

***

Znacie te maszynki? A może BIC kojarzy się Wam (tak jak mi wcześniej) głównie z długopisami? ;)

piątek, 19 października 2012

Novaclear ACNE Spot treatment

Jakiś czas temu otrzymałam do testów Preparat punktowy ACNE Spot treatment od firmy Novaclear. Poużywałam sobie jak trzeba, już wiem co na jego temat myślę, więc nadszedł czas na recenzję.
Opis producenta: Novaclear Acne Spot to preparat, który stosowany punktowo działa osuszająco na zmiany skórne, ponadto złuszcza je i oczyszcza oraz neutralizuje zaczerwienia i zapalenia na skórze. Preparat charakteryzuje się wyjątkową formułą, która odpowiada za występowanie działania osuszającego, złuszczającego i oczyszczającego. Zawarty w nim kwas salicylowy zwalcza bakterie i złuszcza naskórek, co powoduje odblokowanie porów. Produkt powinien być stosowany przez osoby borykające się z zaburzeniami skórnymi w postaci trądziku, bezpośrednio na istniejące zmiany skórne.

Składniki aktywne:
  • Kwas salicylowy (2%) działa antybakteryjnie i keratolitycznie, złuszcza delikatnie obumarły naskórek odblokowując pory.
  •  Inflacin® skutecznie łagodzi zaczerwienienia oraz stany zapalne na skórze.
Opakowanie: W niewielkim kartoniku znajduje się tubka o pojemności 10ml. Podoba mi się kolorystyka i design opakowania - wygląda estetycznie a ja lubię prostotę. Tubka wyposażona jest w "dziubek", którym wygodnie dozuje się preparat.

Konsystencja: Kosmetyk ma postać dość rzadkiego żelu, przezroczystego i bez zapachu.
Działanie: Lubię kosmetyki, które można stosować punktowo. Zazwyczaj działają bardzo intensywnie i przez to skutecznie, z pewnością mocniej niż te, którymi można posmarować całą twarz. Do tej pory aby radzić sobie z niespodziankami, które się pojawiały stosowałam pastę cynkową, lub maść cynkową z kwasem salicylowym - środki bardzo tanie, skuteczne i dostępne w każdej aptece. Mają one jednak podstawową wadę - działają dość "agresywnie". I w tym miejscu odkryłam zdecydowaną przewagę Preparatu Novaclear - jest dobry dla skóry, nie robi z niej Sahary (choć wysusza, to co trzeba) i delikatnie złuszcza. Nie działa super błyskawicznie, więc nie każda z niedoskonałości jest w stanie zniknąć z twarzy w ciągu jednej nocy, ale efekty jego stosowania są bardzo zauważalne. W widoczny sposób zmniejsza zaczerwienienia (oczywiście te występujące w związku z trądzikiem). Podoba mi się również to, że jest przezroczystej barwy - idąc wieczorem do łóżka nie wyglądam jak ufoludek z białymi plamkami na całej twarzy ;) 

Wydajność: bardzo dobra

Cena: ok. 30zł

Czy kupię ponownie? Raczej tak, ale nie teraz - to co mam starczy mi na bardzo długo. Za to chętnie wypróbowałabym resztę kosmetyków z tej serii. Bardzo lubię używać naraz kilku produktów z jednej linii.

***
To tyle, jeśli chodzi o recenzję, a teraz czas na...
No właśnie. Kolejny włażący przed obiektyw kot. Poszłam do ogródka z kosmetykami do obfotografowania, ale to nieboskie stworzenie skutecznie mi to uniemożliwiało. A w ogóle to imienia nie ma. Kot ten. Tamten jest Kicek, a ten... nie wiadomo, bo każdy na niego inaczej woła. Jak dla mnie, to najbardziej pasuje mu Wredota.

A kosmetyki pochodzą z przemiłej przesyleczki, którą dostałam od Sylki
Dostałam żel do kąpieli Wellness&Beauty o miłym zapachu pomarańczy i granatu. Kiedyś miałam peeling z tej samej serii, który zupełnie mi nie podszedł - za to jego zapach jak najbardziej. Chciałam wypróbować któryś z tych żeli już od dawna, lecz przegapiłam wszystkie fajne promocje i jakoś się nie złożyło... no a teraz wreszcie sobie przetestuję :) Oprócz żelu dostałam krem aloesowy z Marizy - nie miałam takiego jeszcze, ale czytałam dobre recenzje, zapowiada się więc przyjemne odkrywanie nowych kosmetyków :) Zapraszam na bloga Sylki - Kobiecy świat kosmetyków - warto zajrzeć, bo jest tam bardzo ciekawie :)
Niedawno dotarły do mnie również takie dwa małe pudełeczka. Słyszałyście kiedyś o czymś takim jak gumy funkcjonalne? Sama nazwa brzmi trochę śmiesznie ;) Widziałam je jakiś czas temu w którymś saloniku prasowym i od razu mnie zainteresowały, chociaż nie natknęłam się do tej pory na żadną reklamę, więc nie wiedziałam cóż to jest. 

Na koniec jeszcze raz Pan i Władca :) Kończę i idę nałożyć sobie maseczkę - dziś mam w planach algi. Miłego wieczoru!

środa, 17 października 2012

Relaks w dwóch krokach

Pamiętacie o październikowej akcji maseczkowej? Ja tak, i dlatego wrzucam kolejną recenzję. Pojawi się również wszędobylski kot :-)
ALOES Bezzapachowe Serum Łagodzące 
+ Kompres Przywracający Równowagę Skóry
Bielenda

Jak opisuje go producent? 

Niezwykle delikatny i bezpieczny zabieg o silnym działaniu łagodzącym i regenerującym dla skóry wrażliwej i alergicznej. Zawartość ALOESU, D-PANTHENOLU oraz WITAMIN A+E niezwłocznie przywraca komfort i zdrowy wygląd skórze wrażliwej i alergicznej. Nie zawiera alergenów i sztucznych barwników 100% PRO ECO.

Jeśli Twoja skóra jest skórą wrażliwą, alergiczną, podrażnioną i przesuszoną czynnikami zewnętrznymi, jeśli ma obniżoną jędrność i elastyczność; jeśli często masz uczucie pieczenia, ściągnięcia i dyskomfortu skóry – kosmetyki ALOES są idealne dla Ciebie.

Co producent obiecuje jeśli chodzi o działanie?

SERUM ŁAGODZĄCE: skutecznie koi skórę, łagodzi podrażnienia, likwiduje uczucie nieprzyjemnego pieczenia i dyskomfortu skóry.

KOMPRES PRZYWRACAJĄCY RÓWNOWAGĘ SKÓRY intensywnie nawilża, głęboko regeneruje i odżywia skórę, wzmacnia ją, chroni i wyraźnie wygładza. Przywraca jej jędrność i elastyczność.

Składniki aktywne:

  • Aloes - skoncentrowany koktajl witamin, minerałów, enzymów, wielocukrów i aminokwasów uzyskiwany z miąższu liści certyfikowanej uprawy Aloe Barbadensis o niezwykłych właściwościach odmładzających, leczniczych i odżywczych.
  • d-panthenol
  • witaminy A+E
Opakowanie: Maseczka umieszczona jest w saszetce podzielonej na dwie części o pojemności 5g każda. Taka forma opakowania jest typowa dla wielu maseczek, całkiem wygodna w stosowaniu, choć ja osobiście wolę jednak tubki lub słoiczki, z których można sobie samodzielnie dawkować kosmetyk. W saszetkach często jest go po prostu jak dla mnie zbyt dużo na jednorazową aplikację.  Tak jest i w tym przypadku - maseczki wystarczy spokojnie na twarz, szyję i dekolt.

Konsystencja: Zarówno serum jak i kompres bardzo dobrze rozprowadza się po skórze. Maseczka określona jest jako bezzapachowa, jednak jak dla mnie ten pierwszy krok, czyli Serum, posiada zapach - dosyć delikatny, ale wyczuwalny. Jest on dziwny i nieco denerwujący, ale wytrzymałam.
Działanie: Kosmetyk ten, a w zasadzie złożony z dwóch etapów zabieg, działa na skórę relaksująco. Przynosi odczuwalne uczucie rozluźnienia i ukojenia, zwłaszcza jeżeli wykonamy go w momencie, gdy nie musimy się nigdzie spieszyć i mamy chwilę tylko dla siebie. Taki moment odstresowuje i sprawia, że twarz wygląda na świeższą, mniej zmęczoną. Maseczka intensywnie i trwale nawilża. Mam skórę mieszaną, ale myślę że równie dobrze sprawdziłaby się dla suchej a nawet bardzo suchej - wg producenta nadaje się do każdego rodzaju cery, w każdym wieku. Kompres dobrze się wchłania, nie zostawia nieprzyjemnej warstwy na skórze (tylko tak jak mówiłam - tę ilość kosmetyku trzeba rozprowadzić nie tylko na twarzy, ale i szyi oraz dekolcie, inaczej będzie na dłużej). Zużyłam już cztery opakowania tych maseczek i z pewnością do nich wrócę - lubię to uczucie gładkiej, miękkiej skóry. Nie bez znaczenia jest również fakt, że maseczka nie zawiera sztucznych barwników i jest w 100% ekologiczna.

Cena: 3,50 zł

Dostępność: większość drogerii

Czy kupię ponownie? Tak.

Jeżeli macie ochotę przetestować tę maseczkę, zapraszam do wzięcia udziału w moim konkursie. Można ją tam wygrać - wchodzi ona zarówno w skład nagrody głównej, jak i nagrody pocieszenia :) 
A Wy jakich maseczek użyłyście w tym tygodniu? Spotkałyście się z aloesową?

wtorek, 16 października 2012

Przegląd poczty [11]: Nowości i przyjemności

Znów dotarło do mnie kilka ciekawych rzeczy :) Zacznę jednak od paczki, która nie przyszła pocztą, a po którą musiałam sama się pofatygować do wcześniej wybranego sklepu Rossmann. Chodzi oczywiście o nagrodę, którą udało mi się wygrać w konkursie "Twój sposób na odchudzanie" (ha, co jak co, ale jeśli chodzi o teoretyczną stronę tracenia zbędnych kilogramów to jestem "miszczem" ;P).
Nagrodę ufundowała firma ActivLab, która jest mi znana m.in. z różnych suplementów, których uzywałam ćwicząc na siłowni. Na zdjęciu widać trzy "fitdrinki" - napoje wspomagające odchudzanie, zawierające L-karnitynę, bezcukrowe. Dwa już wypiłam i muszę powiedzieć, że są bardzo dobre w smaku :) Do tego dołączona została skakanka z licznikiem - dla mnie bajer, nigdy takiej nie miałam. Może w ten sposób przekonam się wreszcie do skakanki, bo moja natura gracza sprawia, że jak coś jest wyrażone w cyferkach lub statystykach to bardziej chce mi się to robić :-)
Te cudowności, które widzicie powyżej udało mi się zdobyć na blogu Świat natury. Przesyłka ta ucieszyła mnie tym bardziej, że są to kosmetyki naturalne, o sprawdzonym, dobrym składzie i działaniu. Korund kosmetyczny to produkt, którego jeszcze nie próbowałam, mimo iż od dawna przymierzałam się do niego. Stosować go można na przykład w celu przeprowadzenia domowego zabiegu mikrodermabrazji. Tym bardziej mi się on przyda, gdyż zamierzam wypowiedzieć wojnę moim upartym zaskórnikom. Przeczytałam również, o czym wcześniej nie miałam pojęcia, że jest całkiem skuteczny w walce z wrastającymi włoskami po depilacji - tego problemu na szczęście nie mam, ale dobrze wiedzieć, że istnieje na to sprawdzona metoda :)
Drugi kosmetyk ze zdjęcia to Kokosowy olejek do włosów VATIKA. Kiedyś próbowałam olejowania włosów, ale szybko się poddałam, niestety wziął górę mój brak systematyczności. Nie mam zbyt wymagającej czupryny, choć za jakiś czas będę chciała zafarbować... i wtedy może przydać się dodatkowa pielęgnacja. Poza tym jak poczytałam jego recenzje... cudo po prostu :) Dlatego bardzo się cieszę z tej nagrody a Wam polecam bloga Dark_lady oraz jej sklep - Setare.pl. Robiłam tam zakupy i jestem bardzo zadowolona,  z pewnością kupię też coś w przyszłości - można trafić na fajne promocje, także specjalnie dla bloggerek, więc warto zaglądać.
To, co widzicie powyżej, to zestaw produktów Bic, który mogę przetestować dzięki portalowi Bangla. Mogę już wstępnie po paru dniach powiedzieć, że produkty są bardzo dobrej jakości, a szczególnie przypadł mi do gustu super wydajny żel do golenia o świetnym zapachu. Recenzje tych rzeczy niebawem wrzucę na Banglę i być może również na bloga.
Teraz czas na próbki. Kolejna przesyłka, a w zasadzie dwie, od Avetpharmy. Chętnie przetestuję te suplementy, a szczególnie interesuje mnie Morwa, która zmniejsza przyswajanie węglowodanów. Na temat cudownych specyfików zwykle raczej powątpiewam, ale w tym przypadku słyszałam już od kilku osób, że Morwa działa. Chyba nawet zamówię pełnowymiarowe opakowanie.
Niespodziewanie przyszła do mnie również przesyłka z próbkami stewii (Better Stevia). Ogromna koperta A4 a w środku dwie mikroskopijne próbeczki i ulotka. Przetestowałam je i posłodziłam kakao oraz kawę zbożową. Są niesamowicie wydajne i sprawdziły się świetnie. Jak już kiedyś pisałam, stewia to doskonała alternatywa dla cukru i jest pochodzenia naturalnego, więc można jej używać bez obaw (w przeciwieństwie do słodzików).
Teraz przesyłeczka z facebooka. Na fanpage'u Sharpie udało mi się wygrać jednego z markerów - i bardzo się cieszę, że trafił mi się właśnie taki do malowania tkanin. Chętnie zrobię sobie wlasną koszulkę lub chociaż po trampkach pobazgram :)
Na koniec rzecz... hmmm, dziwna. Gdzieś tam klikając na facebooku natknęłam się na coś takiego, jak spinacze O-ring. Można było zamówić próbkę. Próbka przyszła i... trochę mnie rozśmieszyła. Mianowicie coś nazywane szumnie spinaczem (o zastosowaniu w celu prania, suszenia, i przechowywania skarpetek - żeby się nie pogubiły, jak to mają w zwyczaju:) wygląda jak najzwyklejsza w świecie gumka. Taka grubsza recepturka. I jeszcze to (R) przy nazwie... Nie wiem, czy to ze mną coś nie tak, czy ktoś tu próbuje zrobić biznes na zwyczajnych recepturkach, nadając im na dodatek specjalistyczną nazwę. Dokąd ten świat zmierza ;)

Na dziś kończę moje wypociny i wracam do remontu (już mam dość trochę ;), a tymczasem przypominam o moim konkursie i zachęcam do brania udziału - zakończenie zbliża się wielkimi krokami :) Miłego dnia!

niedziela, 14 października 2012

Mineralny peel-off

Nie lubię mieć zaległości blogowych, bo później nie mogę odkopać się z tych wszystkich rzeczy, które mam do opisania i obfotografowania, nie mówiąc już o poodwiedzaniu wszystkich, których mam ochotę odwiedzić. Mam teraz remont w domu i dosłowne urwanie głowy! Jednak postanowiłam sobie, że nie odpuszczę i akcję maseczkową Maliny doprowadzę do końca, tak więc przedstawiam kolejną recenzję. Tym razem maseczka w niej przedstawiona to nie będzie mój hit... ale zobaczcie same.
AVON Planet Spa, Greek seas peel-off mask
with algae extracts

Co napisał o niej producent? 
Odswieżająca maseczka "greckie morza" z algami:
  • fantastycznie odświeża
  • oczyszcza i przywraca skórze równowagę
  • zmniejsza widoczność porów


Opakowanie: W estetycznym, oszczędnym graficznie kartoniku znajduje się tuba o pojemności 75ml. W używaniu jest bardzo wygodna, jednak podejrzewam, że pod koniec będą problemy z wydobyciem maseczki ze środka. Z drugiej zaś strony myślę, że to i tak najlepsze opakowanie w jakim można umieścić maseczkę typu peel-off, w słoiczku pewnie by wyschła.

Konsystencja: Typowa dla maseczek peel-off, raczej z tych "gęstszych". Rozprowadza się bez problemu.

Działanie: Producent obiecuje trzy proste rzeczy, ja jednak mam wątpliwości, czy takie działanie faktycznie występuje. Z całą pewnością maseczka oczyszcza - skóra po niej jest gładsza, pozbawiona sebum, przygotowana na dalsze zabiegi. Jeżeli chodzi o zmniejszenie porów, to wystąpiło u mnie minimalnie. Wychodzi więc na to, że zbyt wiele ta maseczka nie robi - poza oczyszczaniem, choć z drugiej strony jako samodzielny zabieg oczyszczający jak dla mnie nie wystarczy. Lubię jednak wszelakie peel-offy więc używa mi się jej całkiem przyjemnie. Na dodatek w ogóle mnie nie uczula, jest miła dla mojej skóry - a z kosmetykami Avonu miałam w przeszłości różne sytuacje.

Wydajność: Bardzo dobra.

Cena: W zależności od promocji - w okolicach 25zł.

Dostępność: Tylko u konsultantek, ewentualnie na Allegro.

Czy kupię ponownie? Raczej nie, będę dalej szukać swojego idealnego peel-offa ;-)

wtorek, 9 października 2012

Przeczytane we wrześniu

W tym miesiącu trafiło mi się kilka książek, których lektura była niekłamaną przyjemnością :) Pewnie dlatego, że większość z nich należała do moich ulubionych gatunków - fantastyki i grozy.
Dawno nie czytałam rosyjskiej fantastyki, z jakiegoś powodu omijałam tamtejszych autorów, choć przecież w przeszłości ilekroć sięgałam po prozę Kira Bułyczowa czy choćby Strugackich nigdy nie byłam zawiedziona. Od jakiegoś czasu Fabryka Słów postanowiła sięgnąć w te nieco zapomniane rejony i nakładem tego wydawnictwa ukazują się, oprócz autorów polskich, również tłumaczenia pisarzy ze Wschodu, a jako że jest to moje ulubione wydawnictwo prędzej czy później musiałam na coś trafić. Moja żona wiedźma to historia niezwykłego małżeństwa. Sierioża jest człowiekiem spokojnym, z zawodu poetą, członkiem Związku Literatów. Nigdy by się nie spodziewał, że urocza kobieta, którą pojmuje za żone, okaże się wiedźmą. Ta kwestia wychodzi na jaw rzecz jasna dopiero po ślubie, a historia porywa nas z sielskiego domowego życia tej nietypowej pary w sam środek magicznej podróży, pełnej wielu niespodzianek i niebezpieczeństw. Jako, że odwieczna walka dobra ze złem ma miejsce wszędzie, nie mogło i w tej opowieści zabraknąć... anioła i diabła. Ale za to jakich! Nie będę zdradzać więcej, choć bardzo mnie kusi, napiszę tylko, że książka oprócz tego że ciekawa, to jest jeszcze okrutnie śmieszna :-) Do tego niewątpliwą przyjemnością jest czytać doskonałe tłumaczenie Rafała Dębskiego. Polecam bardzo!

Jak widzicie, w powyższym stosiku znajduje się również zdobyta przeze mnie w Matrasie za 5 zł Lubię być fantastą. Ta lektura również dostarczyła mi wiele przyjemności. Generalnie nie jestem wielką fanką wywiadów czy biografii i tym podobnych, wolę czytać historie (najlepiej zmyślone ;) ale wyjątek tu czynię dla polskich autorów fantastycznych. Jestem osobą, którą cechuje bardzo słaba pamięć do nazw, nazwisk, twarzy i tak dalej. Mogę słuchać niesamowitej muzyki i nie wiedzieć, co to za zespół lub oglądać świetny film i nie wiedzieć kto gra główną rolę. Wyjątek tu stanowią własnie pisarze, w szczególności polscy -  bardzo często wybieram książki właśnie przez ich nazwisko na okładce (nawet jezeli tematyka nie interesuje mnie zbytnio). Poza tym pojawiają się oni na spotkaniach, konwentach, i (z paroma wyjątkami) bardzo aktywnie uczestniczą w życiu polskiego fandomu, stąd też i nie są dla mnie anonimowi. Interesuje mnie więc, co mają do powiedzenia na różne tematy, chętnie czytam komentarze na temat napisanych już ksiązek i zapowiedzi tych, które dopiero się ukażą. Jeśli chodzi o książki z wywiadami z polskimi fantastami ta nie jest pierwszą w mojej kolekcji, i z pewnością nie ostatnią :)

Czas na nieco mroku i grozy. Nie znam żadnego miłośnika tych gatunków, który przynajmniej raz nie czytałby Mastertona. Jest to nazwisko ważne i znane, choć zdania na temat jego książek są podzielone. Masterton ma swój okreslony styl i gdy sięgałam po Festiwal strachu wiedziałam, czego się spodziewać. Wiedziałam, że będzie strasznie, może momentami dreszcz przebiegnie po karku, podejrzewałam również, jaką atmosferę, jakie miejsca i bohaterów tam napotkam. No... i to był błąd. O ile większość (może lekko więcej, niż połowa) książki przedstawia styl i klimat dla Mastertona typowy, to przy dwóch czy trzech opowiadaniach... mocno się zdziwiłam i przewracałam kolejne strony z zapartym tchem. Mistrz grozy mnie zaskoczył, okazał się jednak nie do końca poznany i znajomy, ale boję się napisać choć słowo więcej, ani nawet wskazać które to opowiadania tak się moim zdaniem wyróżniają - nie znoszę spojlerów i wolę powiedzieć zbyt mało, niż za wiele. Warto sięgnąć po ten zbiorek.

Znów będzie strasznie. Księga strachu to tom, na który polowałam od jakiegoś czasu i wiedziałam, że w końcu znajdzie się w mojej kolekcji. Po pierwsze przez obecność polskich pisarzy (fantastycznych i nie tylko), a po drugie z racji mojego zamiłowania do zbiorów opowiadań. Na tę księgę składają się historie różne - w większości bardzo interesujące, lecz moim zdaniem nierówne. Momentami przebiegły mnie dreszcze, ale były też chwile, że chciało się ziewnąć. 

Pokój Marty wygrałam w konkursie. Chyba najlepiej ją podsumuję przytaczając opinię Marii Ulatowskiej z okładki:
Zwidy, ułudy, fantazje nocne. Duchy przeszłości, ścigające każdego z bohaterów. Dziś - wczoraj - jutro. Książka o poszukiwaniu, o pragnieniach, o braku spełnienia, o tęsknoście, bólu i żalu. Ale także o przyszłości. Czy szczęśliwej? Każdy musi sam sobie odpowiedzieć na to pytanie.
I taka właśnie jest to książka, nie umiem napisać nic, co lepiej by oddało jej klimat. Nie są to moje rejony literackie więc pewnie przeznaczę ją na wymianę, ale nie nudziłam się czytając.


Podsumowanie WRZEŚNIA
Ilość przeczytanych książek: 5
Ilość przeczytanych stron: 2143
Średnio dziennie stron: 71,4
Najlepsza książka miesiąca: Moja żona wiedźma, Andriej Bielanin
Lista tytułów:
  1. Lubię być fantastą,  Agnieszka Kawula-Kubiak (Wydawnictwo Dolnośląskie, 2009)
  2. Moja żona wiedźma, Andriej Bielanin (Fabryka Słów, 2009)
  3. Pokój Marty, Magdalena Zimniak (Replika, 2012)
  4. Festiwal Strachu, Graham Masterton (Dom wydawniczy REBIS, 2006)
  5. Księga Strachu, antologia (Agencja Wydawnicza RUNA, 2007)

piątek, 5 października 2012

Niepozorny skarb w kosmetyczce

Aby stało się za dość Malinowej akcji maseczkowej, zacznę od recenzji jednej z moich ulubionych maseczek. Jest łagodna, naturalna i niedroga, nie znajdziecie jej jednak w każdym sklepie. Co to takiego?
 Glinka biała - White Clay Kaolin Mask (JS Beaute)

Wszystkie wiemy o zbawiennym działaniu glinek. Przede wszystkim są to kosmetyki całkowicie naturalnego pochodzenia, nie zawierają alergenów, działają przeciwzapalnie, przeciwbakteryjnie oraz nawilżająco. Glinki występują w wielu kolorach - kiedyś myślałam, że jest tylko biała, zielona i czerwona, ale jak się okazuje można kupić także czarną, żółtą, różową... ba! Gdzieś widziałam nawet czekoladową :-) Całe bogactwo kolorystyczne glinek jeszcze przede mną, tym razem skupię się na aktualnie przeze mnie używanej - i pokochanej - glince białej.
Jak widać, maseczka ma postać białego proszku. Przed uzyciem trzeba go rozrobić z odrobią wody lub hydrolatu aż osiągnie odpowiednią konsystencję, niektórzy polecają również, aby dodać do tego parę kropel zimnotłoczonej oliwy. Na twarz nakładamy ją używając pędzelka lub szpatułki (inwencja własna się przydaje ;) ale od biedy możnaby nawet palcami. Po jakimś czasie nałożona na twarz (lub ciało albo włosy) glinka zasycha, tworząc skorupkę, która pęka jeżeli się poruszymy lub np. uśmiechniemy ;-) Może się odrobinę również osypywać, więc lepiej nie trzymać jej zbyt długo. Po upływie określonego czasu glinkę zmywamy wodą. Jeżeli nałożyliśmy ją na twarz, przy zmywaniu polecam korzystać z gąbeczki - jest wtedy dużo szybciej i wygodniej.

Glinka biała, zwana również porcelanową lub chińską, jest jedną z najłagodniejszych glinek. Nadaje się z powodzeniem dla wrażliwców, alergików, osób z bardzo suchą lub naczynkową cerą, dla których pozostałe glinki (jak np. zielona) mogą być zbyt inwazyjne w działaniu, wysuszać lub zbytnio ściągać. Biała glinka wygładza cerę, zamyka pory, odżywia, ma właściwości antyseptyczne, spełnia wszystkie pokładane w niej nadzieje, dlatego śmiało mogę polecić ją dla każdej z Was. Używam jej już od miesiąca i jestem bardzo zadowolona z efektów - moja skóra odpoczywa dzięki tej maseczce. Udało mi się również za jej pomocą załagodzić sporo zaczerwienień, które mogły przerodzić się w coś bardziej problematycznego. Fajny kosmetyk za niską cenę, a do tego całkowicie naturalny i ekologiczny - czego można chcieć więcej?

Wydajność: Bardzo duża!

Dostępność: Różna, ale raczej dobra - glinkę "produkuje" (albo raczej pakuje :) wiele różnych firm, można ją kupić w sieci lub w sklepach zielarskich/naturalnych. Tę konkretną kupiłam w sklepie Setare.pl (polecam!)

Cena: Z tym bywa różnie, ale glinki raczej są dosyć tanie - maseczka ze zdjęcia kosztowała w okolicach 9zł.

Czy kupię ponownie? Oczywiście, że TAK!

Używacie glinek? Lubicie? A może któraś z Was ma ochotę wypróbować tę maseczkę? W moim rozdaniu można wygrać między innymi odsypkę wlaśnie tej konkretnej glinki, dzięki której można na własnej skórze sprawdzić, jak przyjemnie działa. Zapraszam do wzięcia udziału :-)

czwartek, 4 października 2012

Denko - wrzesień 2012

Aby tradycji stało się zadość wrzucam wrześniowe zużycia kosmetyczne. Nie ma ich zbyt wiele, lecz z każdym, nawet najmniejszym pudełeczkiem lądującym w koszu czuję się jakoś... lżej :) Nie lubię gromadzić zbyt wiele rzeczy (nie dotyczy to jedynie książek!), a zapasów kosmetycznych mam stanowczo zbyt wiele.
Kot odwraca głowę, i nic dziwnego - w tym miesiącu pokończyły mi się akurat rzeczy, które są conajwyżej takie sobie. Zaczynajmy:
Na początek micel, obok którego nawet kot przechodzi obojętnie. ZIAJA MED - płyn micelarny przebadany okulistyczne. Na opakowaniu napisano, że jest dwufunkcyjny, że skutecznie usuwa makijaż, przywraca naturalne pH i wyraźnie zmiękcza naskórek. Cóż... Faktycznie wydaje się być dość łagodny i odpowiedni dla wrażliwej skóry (nie ma parabenów, kompozycji zapachowej, alkoholu ani barwników) ale cóż z tego, skoro nie spełnia swojej podstawowej funkcji - słabo zmywa makijaż. Żeby faktycznie oczyścić twarz używając jedynie tego kosmetyku trzebaby porządnie się namęczyć. Dla mnie dyskwalifikacja.
Nie kupię więcej.
Koci nos zasłonił, ale to nic nie szkodzi, ponieważ produkt, który mam zamiar teraz opisać jest powszechnie dostępny i często spotykany, więc każdemu pewnie się już "opatrzył" - Schauma, szampon dla mężczyzn z ekstraktem chmielu. Co mogę o nim powiedzieć? Zwyczajny szampon, jeżeli ktoś stosuje bardziej zaawansowaną pielęgnację włosów i uważa na składniki, to nie będzie dobry wybór. Dla mnie, ponieważ moje włosy są niezbyt wymagające - taki szampon jest ok raz na jakiś czas. Włosy po nim dobrze się rozczesują i świeżo pachną. Czy kupię? Jeżeli będzie na jakiejś fajnej promocji, to pewnie tak.
Bielenda, termoaktywny koncentrat antycellulit - jeśli chodzi o kosmetyki z dzisiejszej notki, to ten najbardziej mi się spodobał. Jest to balsam o dość rzadkiej konsystencji (dzięki temu szybko się wchłania) i pomarańczowym, słabo wyczuwalnym zapachu. Jest przyjemny w użyciu, bardzo delikatnie rozgrzewa, skuteczności jeżeli chodzi o usuwanie cellulitu nie zauważyłam (ale i się jej nie spodziewałam - nie wierzę w takie obietnice kosmetyczne, zwłaszcza na tej półce cenowej), ale za to fajnie i na długo nawilża. Lubiłam go stosować po peelingach. Bardzo możliwe, że kupię go ponownie.
Dość już mam tych maseczek. Kupiłam po jednej z czterech czy pięciu rodzajów i jakoś ich zużyć nie mogę... Wszystkie, których dotychczas użyłam były bardzo podobne w konsystencji poza tą z muszelkami na opakowaniu - ona bardziej przypominała coś z glinką w składzie (ale tylko przypominała), była biała i zbliżona do konsystencji "pasty". Co do działania - maseczki nawilżają (a może bardziej natłuszczają) twarz, miodowa wśród nich się wyróżnia przez swój zapach - bardzo przyjemny. Generalnie nic zlego się po nich nie dzieje,  ale można sobie spokojnie odpuścić tę serię. Raczej już więcej nie kupię.
Z próbek w tym miesiącu nie wyszperałam nic ciekawego. No, może ten Mincer - ale kremu było zdecydowanie zbyt mało (chyba 1ml) by móc wysnuć nawet jakieś pierwsze, powierzchowne wrażenia.
Znajdź kota na tym obrazku :))

środa, 3 października 2012

Grejpfrutowa cudowność

Z racji, że rozpoczął się nowy miesiąc, mam zaplanowanych kilka notek, które koniecznie muszę wrzucić na bloga - jak zwykle comiesięczne denko, przeczytane we wrześniu książki, no i jeszcze doszły recenzje maseczkowe w związku z Malinowym tagiem :) Tak więc - sporo do zrobienia, ale mimo to... Mimo to wrzucę coś nadprogramowego, co pewnie mogłoby poczekać, ale ten kosmetyk tak mnie zauroczył, że muszę się czymprędzej tym z Wami podzielić :) 
Co takiego znajduje się pod tym fikuśnym wieczkiem? Czy któraś z Was już poznaje? Jeżeli tak, to jest szczęściarą, ponieważ w środku kryją się same cudowności.

STENDERS - Grapefruitowy peeling solny

Co mówi o nim producent: Ożywiający skórę peeling obudzi do życia Twoją skórę drobnymi solnymi granulkami. Energicznie wymasuje Twoją skórę, pomagając zachować jej jędrność. Dodaliśmy do niego cenne naturalne oleje i masła, dzięki czemu skórę pozostaje aksamitnie gładka. Poczuj radosne nuty olejku eterycznego z grejpfruta, który ożywi Twoją codzienność.

Opakowanie: Słoiczek o pojemności 300g zakręcany metalową zakrętką. Bardzo lubię taką formę opakowań dla peelingów czy maseł - można wszystko dokładnie wyjąć i wykorzystać kosmetyk do końca, poza tym jest to dość wygodne. W tym przypadku dodatkowo rzuca się w oczy jego estetyczny wygląd - opakowanie jest proste, lecz pełne swoistego "retro" uroku, poczynając od logo producenta (jak w kosmetykach z początku ubiegłego stulecia :), poprzez kolor etykiet, na metalowym wieczku kończąc. Mam słabość do pięknych opakowań, więc już w tym miejscu ten peeling zarobił u mnie ogromnego plusa. Tylko jedna uwaga - opakowanie rewelacyjnie sprawdza się w łazience, ale nie polecam transportować go np w torbie czy plecaku już gdy kosmetyk otworzymy - niestety opakowanie nie jest do końca szczelne.
Co zawiera? Olejek jojoba, zmielone kawałki słodkich migdałów, masło shea oraz grejpfrutowy olejek eteryczny.

Konsystencja: Peeling wręcz tonie w bogactwie dobroczynnych olejków. Warto go przed użyciem trochę przemieszać w opakowaniu. Trzeba również uważać na to, by nabierać go niewielkimi porcjami i od razu wmasowywać w skórę - w przeciwnym razie szybko spływa. Drobinki są "standardowej" wielkości, jednak zdzierają dużo słabiej - jeżeli ktoś lubi mocne peelingi, to ten może być trochę zbyt delikatny.
Działanie: Od samego początku kosmetyk ten totalnie mnie zauroczył. Jego zapach otula człowieka już od momentu otwarcia opakowania... na tyle, że co chwilę miałam ochotę go otwierać i wąchać. Nie jestem jakąś wielką fanką grejpfrutów, ale ten jest jedyny w swoim rodzaju - świeży, odrobinkę gorzki, bardzo soczysty. Najlepsze jest to, że pachnie gdy go otworzysz, pachnie gdy go używasz, pachnie później na Twojej skórze (i to długo!) a jakby tego było mało, to pachnie jeszcze w całej łazience... Dla mnie rewelacja, tego właśnie oczekuję od wszelakich kosmetyków "kąpielowych". 

Jak już pisałam wyżej, peeling nie jest zbyt mocny. Niby te drobinki są takiego rozmiaru, jak każde inne, lecz zdzierają dużo słabiej. To może być dla niektórych wada, dla mnie nie - raz w tygodniu używam tego peelingu, a raz innego, mocniejszego, i takie wyjście wydaje się być dobre. W czym zatem przejawia się jego działanie, skoro nie w zdzieraniu? Peeling niesamowicie nawilża! Skóra robi się gładka, bardzo delikatna w dotyku i doskonale, intensywnie nawilżona. Ten efekt, w połączeniu z grejpfrutowym zapachem, utrzymuje się bardzo długo. Po użyciu tego peelingu nie trzeba już zadnych balsamów czy maseł - bogate olejki w nim zawarte pielęgnują skórę i odżywiają ją. Jak dotąd nie spotkałam jeszcze peelingu, który tak intensywnie nawilża skórę. Kosmetyk wypróbowałam również na mojej Drugiej Połówce :), która ma skórę bardzo delikatną i skłonną do podrażnień, uczuleń. Peeling Stenders okazał się bezpieczny i odpowiednio delikatny, tak więc z czystym sumieniem mogę go polecić nawet wrażliwcom!

Wydajność: dosyć wydajny, choć przez to, że nie ściera bardzo intensywnie chciałoby się nakładać go więcej... ale to scierania nie zwiększa

Cena: 56zł

Dostępność: słaba - jedynie w galeriach handlowych w kilku większych miastach w Polsce, oraz online.


Miałyście styczność z kosmetykami Stenders? Wszystkie są tak niesamowite? Cena jak dla mnie jest odrobinę za wysoka, ale peeling jest tak cudownie przyjemny w użyciu, że myślę, iż jeszcze się na niego skuszę... :)

wtorek, 2 października 2012

Maseczkowy TAG

Dzisiaj przeglądając blog Maliny trafiłam nowy, ciekawy tag o wiele mówiącej nazwie: PAŹDZIERNIK miesiącem maseczek! Lubię maseczki (stosuję je regularnie 2-3 razy w tygodniu) więc z chęcią się przyłączam, licząc, że może będzie to pierwsza akcja blogowa, którą uda mi się przeprowadzić u siebie do końca :) 

Celem tagu jest:
- zachęcenie do chwili relaksu, aby zrobić coś tylko dla siebie,
- zadbanie o swoją twarz bez względu na wszystkie obowiązki,
- poprawienie swojego wyglądu,
- wyrobienie sobie nawyku nakładania maseczki raz w tygodniu,
- radość i duma ze swojego wyglądu.

Zasady tagu:
- umieść baner z linkiem do inicjatora tagu (czyli Malinki:)
- umieścić zasady tagu w poście na swoim blogu,
- napisz, kto Cię otagował,
- zamieść raz w tygodniu recenzję co najmniej jednej testowanej maseczki,
- otaguj minimum 5 osób.
Powyżej bannerek całej akcji - prawda, że ładny? Nie będę tagować konkretnych osób, ponieważ nie każda z Was może mieć ochotę by przystąpić do takiej akcji, więc taguję wszystkie moje czytelniczki i zachęcam do wzięcia udziału w tej zabawie, bardzo chętnie poczytam Wasze recenzje :)